a story lives forever
Register
Sign in
Form submission failed!

Stay signed in

Recover your password?
Register
Form submission failed!

Web of Stories Ltd would like to keep you informed about our products and services.

Please tick here if you would like us to keep you informed about our products and services.

I have read and accepted the Terms & Conditions.

Please note: Your email and any private information provided at registration will not be passed on to other individuals or organisations without your specific approval.

Video URL

You must be registered to use this feature. Sign in or register.

NEXT STORY

To London straight from prison

RELATED STORIES

Imposition of martial law took us by surprise
Jan Józef Lipski Social activist
Comments (0) Please sign in or register to add comments

The night of 12-13 December arrived bringing with it an end to what some people rather unkindly though not without affection referred to as the ‘Polish carnival’. It came as a massive surprise. That said, there had been serious leaks for some time. Sometimes even sporadic information which was enough to raise serious concerns, and still we somehow didn't believe that this was possible although we were kind of prepared for the Sejm ratifying a state of emergency, something along those lines, that possibility was constitutionally foreseen. The Sejm was meant to meet on each, I can't remember the date but some time before Christmas, and we imagined that perhaps then something may happen, and we were thinking that perhaps we should be preparing ourselves for something ahead of events. But still, it was, it was a great shock.

Straight away, Solidarity was paralysed by the surprise element. A huge number of activists went to places of internment – they were interned. In this way, they were taken out of the loop. Those who were in hiding – those who realised in time and went into hiding – they had trouble staying in contact and lines of communication were disrupted quite literally by disconnecting the telephone in the whole country. So chaos reigned. Chaos and, as it transpired, fear. I wasn't interned, I was sitting with my wife on a bench on the stairway because I live quite high up and it takes me a while to walk up the stairs, and a whole gang ran up the stairs and started banging on the door, I walked down the stairs in the other direction and left the building and went to a friend's house where I was certain that no one would come looking either for me or for my friends. They waited until morning for my son who came back home all jolly, unaware that martial law had been declared, for which he paid the price of being interned for a year. So what could you do?

I have to say I was pretty disorientated in this situation as I'd never been, I didn't know everything in as much detail as for instance Wujec or Romaszewski did about the organisational issues of my region. I wasn't the right person to replace these activists who knew exactly who could or couldn't be relied on in each factory, even how to reach each factory or things like that. My personal fate was that I decided that the proper place for a member of the governing committee was with the striking workers so I went down to Ursus and I was able to get in. The only serious role I played there, although later in the trial I was accused of having played a far more significant role in the proceedings, which was a compliment really, was that I instructed the people in Ursus what they were to do if the strike was broken, but it proved to be fruitless later on because everyone did what they felt like doing anyway which was irrational; the rational thing would have been to have listened to what I was telling them. But one thing I was sure of, by then I was inside Ursus, that up to a point we had lost, and that was clearly visible as suddenly people were overcome by fear. The size of the Ursus workforce is variously assessed because there were some factories which were part of Ursus but were a few hundred metres or a kilometre away, but in any case, there were between 14 and 16,000 workers. Well, if on the night when ZOMO [Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej (Motorized Reserves of the Citizens' Militia)] and military units entered Ursus there were between 400 and 500 people gathered in one hall during the occupational strike, and even that might be an exaggeration, then you have to ask was this not a failure? It meant that fear had overcome them so suddenly and proved to be so strong that half, quarter of the workforce had changed their minds about doing what I thought we had all decided that we would do, that if the authorities would try to suppress Solidarity by force, we would respond with the ammunition that we had i.e. with a general strike. It is not a general strike if 400 people are occupying one hall in such a vast factory.

Later, things developed for me in a way that was typical for many activists, meaning prison, taking my place in the dock and so on, these are less significant matters. What was interesting, however, was that fear aside, after a few days I was able to learn from news that was reaching me that resistance hadn't been broken down straight away. Quite the opposite, as time passed I had the impression that after the initial shock, resistance was stiffening and becoming stronger, and this is how things were for the relatively long period of martial law after which it changed. But it was a time when the number of demonstrations was growing rather than shrinking and the resources needed to suppress them were becoming more significant. In factories, despite the internment of many activists, Solidarity was beginning to re-emerge and self-help organisations were functioning very efficiently. I have to say that we were very indebted to the Primate's Committee of Aid to the Interned and Imprisoned not just because it did a huge amount of work but also because it raised people's spirits very significantly. The feeling that this kind of institution existed having those sorts of aims and which had the full blessing of the Church lifted people's spirits very much. In Poland, which is a Catholic country, these things matter very much.

Przyszła noc z 12 na 13 grudnia, która zakończyła to, co niektórzy tak trochę złośliwie, chociaż nie bez sympatii nazywają „polskim karnawałem”. Zaskoczenie jednak było kolosalne. To znaczy, już od dłuższego czasu były poważne przecieki. Nawet czasami informacje może wyrywkowe, ale dostateczne, żeby właściwie się bardzo zaniepokoić i jakoś jednak nie wierzyliśmy, że to jest możliwe, chociaż się trochę przygotowywaliśmy na to, że Sejm może stan wyjątkowy uchwalić, coś takiego konstytucyjnie, taka możliwość była przewidziana. Sejm miał się zbierać, no, w każdym... nie pamiętam daty, ale na pewien czas przed Bożym Narodzeniem, i tak sobie wyobrażaliśmy, że wtedy może ewentualnie coś się stać i trochę na taki pewien dystans uważaliśmy, że trzeba się przygotować. To było jednak... to było jednak zaskoczenie.

No, „Solidarność” była od razu z miejsca, przez to zaskoczenie, sparaliżowana. Ogromna ilość działaczy poszła do tak zwanych internatów, zostali internowani. Zostali w ten sposób wyłączeni z gry. Ukrywający się – ci, którzy w porę zorientowali się i ukryli się – no, mieli trudność z nawiązaniem kontaktów wtedy, które im zostały utrudnione i linie różne komunikacyjne zostały przerwane nawet dosłownie przez wyłączenie telefonów w całym kraju, także zapanował chaos. Chaos, no i jednak okazało się, że przerażenie. Ja nie zostałem internowany, siedziałem z żoną na ławeczce na schodach, bo mieszkam wysoko i... a nie mogę szybko chodzić po schodach. Cała ekipa... przebiegła po tych schodach i zaczęła się dobijać do drzwi, ja zeszedłem w drugą stronę i wyszedłem z domu, i udając się do znajomych, co do których byłem przekonany, że tam nie będą ani ich, ani mnie szukać. Do rana zresztą czekali na mojego syna, który wesolutki, nie wiedząc, że jest stan wojenny, wrócił do domu, za co zapłacił rokiem w internacie. No i co robić?

No muszę powiedzieć, że byłem dosyć zdezorientowany w sytuacji takiej, kiedy nigdy w sprawach organizacyjnych mojego regionu nie byłem tak dobrze... nie wiedziałem wszystkiego tak dokładnie, jak na przykład, no, czy Wujec, czy Romaszewski. Ja akurat nie mogłem być tym, który jest w stanie zastąpić tych działaczy, dla których w każdym zakładzie było wiadomo na kogo można liczyć, na kogo nie, jaką drogą nawet się dostać do zakładu czy coś takiego. No, mój osobisty los był taki, że się zdecydowałem, że miejsce członka zarządu regionu jest wśród strajkujących robotników, udałem się do Ursusa, udało mi się wejść. Jedyna poważna rola, jaką tam odegrałem – chociaż potem na ławie sądowej zarzucano mi znacznie większy udział w tym, co się działo, ale to były komplementy tylko – to było to, że tłumaczyłem załodze Ursusa, że... jak mają postępować, jeżeli by strajk został złamany i było to rzucanie grochem o ścianę, bo każdy i tak robił, jak chciał i co się okazało zupełnie nieracjonalne, racjonalnie byłoby, gdyby mnie posłuchano. Ale jedną rzecz wiedziałem, już wtedy znalazłszy się w Ursusie, że w pewnym stopniu przegraliśmy, a to było widać wyraźnie, że nagle wybuchł strach u... wśród ludzi. Załoga Ursusa – różnie oceniają jej liczebność ze względu na to, że są takie zakłady, które trochę nawet w tymże Ursusie, ale trochę tam kilkaset metrów czy tam kilometr dalej, więc mówię, w każdym razie między czternaście a szesnaście tysięcy. No, jeżeli podczas strajku okupacyjnego w nocy, kiedy wkraczały oddziały ZOMO i wojskowe do Ursusa, było nas skupionych w jednej hali między 400 a 500 osób i to pytanie, czy nie zawyżam, to jednak była klęska. Znaczyło, że strach wybuchł tak nagle i okazał się tak silny, że nawet połowa załogi, nawet ćwierć załogi nie zdecydowała się na to, by wykonać to, na co, zdawało się, byliśmy wszyscy przygotowani, że jeżeli władza wystąpi po to, by z siłą zdusić „Solidarność”, to my odpowiemy tą bronią, jaką mamy, to znaczy strajkiem powszechnym. To nie jest strajk powszechny, jeżeli 400 ludzi okupuje jedną halę w tak... w tak wielkiej fabryce.

No, potem mój dalszy los był taki typowy dla wielu działaczy to znaczy więzienie, ława oskarżonych i tak dalej, to... to są mniej ważne rzeczy. Natomiast ciekawe było, że strach strachem, ale jednocześnie już po paru dniach mogłem się zorientować z wieści, które do mnie docierały, że nie jest tak, żeby jednak opór od razu został złamany. Nawet przeciwnie, z biegiem czasu robiło wrażenie, że po pierwszym szoku, właściwie opór twardnieje, że robi się coraz mocniejszy i tak było przez dosyć długi czas stanu wojennego. Potem to się zmieniło. Ale był to okres w którym demonstracje były nie coraz mniej liczne, tylko coraz liczniejsze, kiedy wymagały do ich stłumienia sił coraz poważniejszych, kiedy w zakładach pracy okazywało się, że mimo internowania wielu działaczy zaczyna się odradzać „Solidarność”, kiedy akcja... samopomocowa społeczna, okazało się, że przebiega bardzo sprawnie. Tutaj... muszę powiedzieć, że kolosalną zasługę ma ten Komitet Prymasowski Pomocy Internowanym i Uwięzionym, nie tylko dlatego, że wykonał ogromną pracę, ale również i dlatego, że ogromnie podniósł ludzi na duchu. To poczucie, że istnieje tego rodzaju instytucja służąca do tych celów i która ma, no, pełne błogosławieństwo Kościoła, bardzo ludzi podniosła na duchu. To w Polsce się... w kraju katolickim, takie fakty się bardzo liczą.

Jan Józef Lipski (1926-1991) was one of Poland's best known political activists. He was also a writer and a literary critic. As a soldier in the Home Army (Armia Krajowa), he fought in the Warsaw Uprising. In 1976, following worker protests, he co-founded the Workers' Defence Committee (KOR). His active opposition to Poland's communist authorities led to his arrest and imprisonment on several occasions. In 1987, he re-established and headed the Polish Socialist Party. Two years later, he was elected to the Polish Senate. He died in 1991 while still in office. For his significant work, Lipski was honoured with the Cross of the Valorous (Krzyż Walecznych), posthumously with the Grand Cross of the Order of Polonia Restituta (1991) and with the highest Polish decoration, the Order of the White Eagle (2006).

Listeners: Marcel Łoziński Jacek Petrycki

Film director Marcel Łoziński was born in Paris in 1940. He graduated from the Film Directing Department of the National School of Film, Television and Theatre in Łódź in 1971. In 1994, he was nominated for an American Academy Award and a European Film Academy Award for the documentary, 89 mm from Europe. Since 1995, he has been a member of the American Academy of Motion Picture Art and Science awarding Oscars. He lectured at the FEMIS film school and the School of Polish Culture of Warsaw University. He ran documentary film workshops in Marseilles. Marcel Łoziński currently lectures at Andrzej Wajda’s Master School for Film Directors. He also runs the Dragon Forum, a European documentary film workshop.

Cinematographer Jacek Petrycki was born in Poznań, Poland in 1948. He has worked extensively in Poland and throughout the world. His credits include, for Agniezka Holland, Provincial Actors (1979), Europe, Europe (1990), Shot in the Heart (2001) and Julie Walking Home (2002), for Krysztof Kieslowski numerous short films including Camera Buff (1980) and No End (1985). Other credits include Journey to the Sun (1998), directed by Jesim Ustaoglu, which won the Golden Camera 300 award at the International Film Camera Festival, Shooters (2000) and The Valley (1999), both directed by Dan Reed, Unforgiving (1993) and Betrayed (1995) by Clive Gordon both of which won the BAFTA for best factual photography. Jacek Petrycki is also a teacher and a filmmaker.

Tags: Sejm, Solidarity, Ursus, ZOMO, Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, Motorized Reserves of the Citizens Militia, Primate`s Committee of Aid to the Interned and Imprisoned, Henryk Wujec, Zbigniew Romaszewski

Duration: 1 minute, 36 seconds

Date story recorded: October 1989

Date story went live: 14 March 2011